FANDOM


Budzę się. Cholera, ciemność znika. Ale jaja.

O Jezu, gdzie ja jestem? To jest szpital czy jakiś cholerny psychiatryk? Cholera jasna, straszne miejsce. Wszystko oświetla ledwo działająca świetlówka w podłużnej lampie wiszącej na suficie. Pewnie nie energooszczędna, hehe.

Koniec żartów. Rozglądam się dalej.

Ściany pokrywa grzyb, a tynk się rozpada. Matko Bosko kochano, idę, czy nie idę? Widzę lustro. Spoglądam na siebie... w sumie, zwykły ja - włosy zmierzwione, brunet, dziewiętnastka. Chyba. Kurwa, nie wiem. Serio.

Ja piernicze, wychodzę z tego rypniętego miejsca. Wstaję z pryczy, odpinam elektrody z klatki piersiowej. Kardiomonitor jest w stanie... emm... ponadprzeciętnym, że tak to ujmę. Jest dziura na wylot. Doobra, wstaje. Wow, jedyna fajna rzecz w tym dniu. Mogę chodzić, i wygląda na to, że jestem zdrowy. Fajnie, superowo!

Otwieram drzwi od pomieszczenia. Jeszcze raz rozglądam się po nim, no... pusta sala, cholera. Wygląda jak jakiś oddział obserwacji. Odwracam się. Za drzwiami widać pusty, sterylnie biały korytarz oświetlany przez jarzeniówkę. Na ścianie... krew. Jebana krew. Jakbym nie miał za dużo wrażeń w tym dniu.

Widzę światło. Cholera, światło. Słońce. Tu jest słońce. Już się bałem. Biegnę w stronę światła, zapierdzielam ile sił w nogach. Zwykłe, pieprzone drzwi na zewnątrz! Chwytam za klamkę zwykłych pieprzonych drzwi. Dostałem światłowstrętu, zakrywam oczy ramieniem.

I wtedy się obudziłem.